Zarzycka / Pruchniewicz, czyli nie tylko jesienna nostalgia

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie stoją, buty, tekst i na zewnątrz
Zanim przesłuchałem płytę duetu Zarzycka /Pruchniewicz „Niewidzialni Ludzie” (wydawca Fundacja Odzyskać Radość) przeczytałem książeczkę dołączonej do albumu. Przede wszystkim zainteresował mnie skład osobowy tego muzycznego projektu, bo o niezwykle ciekawym międzynarodowym przedsięwzięciu artystycznym przychodzi mi pisać.Takie nazwiska jak Maciej Pruchniewicz (pomysłodawca, aranżer, kompozytor większej partii materiału muzycznego, współpracownik między innymi Tadeusza Nalepy, Michała Urbaniaka i Wojtka Waglewskiego), Sylwia Zarzycka, Ania Broda (obie udzielają się wokalnie na płycie, przy czym Pani Sylwia aż w dziewięciu na dziesięć kompozycji użycza swojego głosu, a Pani Ania tylko w jednym), Antek Sojka, który odpowiadał za brzmienie i produkcję płyty (wspólnie z Maciejem Pruchniewiczem), zróżnicowane instrumentarium projektu, gdzie obok typowych dla muzyki pop rockowej, balladowej instrumentów pojawiły się także trąbka (Antoni Gralak, Luis Alvaro Varona), wiolonczela (Jan Stokłosa), instrumenty perkusyjne (Oswaldo Baltodano) podpowiadało mi, zanim jeszcze posłuchałem muzyki, że będzie się działo naprawdę wiele ciekawego na tym krążku. I trudno było się pomylić. „Niewidzialni Ludzie” to zestaw dziesięciu kompozycji, które przenoszą nas w zupełnie inny wymiar, odciągając od codziennego życiowego sprintu. Przy tej muzyce słuchacz musi wyhamować, zastanowić się, przemyśleć. W dzisiejszych czasach mało jest płyt, za pośrednictwem których artyści pragną nam coś wartościowego przekazać, nie tylko w warstwie muzycznej, ale i tekstowej, bo oprócz niezwykle ciekawych zaaranżowanych utworów mamy do zapoznania się i zrozumienia sensu tekstów zaproponowanych przez Grażynę Chmielińską, Renatę Czerniakowską, a także Annę Brodę i Sylwię Zarzycką. Co ciekawe wszystkie teksty mimo, że pisane prze cztery różne osoby splatają się ze sobą tematycznie w taki sposób, że gdybyśmy nie wiedzieli kto napisał słowa do muzyki, myślelibyśmy, że to są przemyślenia tego samego autora. Dopracowanie aranżacji, klimatu, stylu muzycznego i umiejętnego skorelowania tej pasjonującej tutaj nostalgii w muzyce z tekstami to doprawdy duża sztuka. Niebagatelną rolę odegrało także umiejętne zastosowanie instrumentów klawiszowych (Szymon Siwierski, Antek Sojka, Piotr Kałużny), które przepięknie rysowały niebanalne muzyczne tło. Płyta rozpoczyna się quasi jazzowym utworem „Nowy Świat” i gdybyśmy zasugerowali się pierwszą kompozycją, pewnie przypuszczalibyśmy, ze cała płyta utrzymana jest w właśnie w takich klimatach. Nic bardziej mylnego. Już właśnie w tym pierwszym utworze muzyka zgrabnie z konwencji jazzowej przechodzi w delikatny blues. Niczego nie można być pewnym pod względem stylistycznym bo tytułowy utwór „Niewidzialni Ludzie” to niemal czysty rock! Muzycy wykorzystując swoje wysokie umiejętności pokazują jak można zgrabnie łączyć stylistyczne konwencje, nie psując przy tym ogólnego wrażenia i obranej drogi tworzenia klimatu. Bo klimat na tej płycie choć jesienno-zimowy tchnie wielkim żarem i nadzieją. Ja jestem także pod wrażeniem umiejętności wokalnych Sylwii Zarzyckiej, która nie tylko posiada ciekawy i oryginalny głos, ale potrafi go używać w odpowiedni sposób, nie trzeba krzyczeć, by coś ważnego przekazać, potrafi utrzymać niepowtarzalny klimat poszczególnych utworów, a to już duża sztuka. Ania Broda co prawda zaprezentowała się w tylko jednej kompozycji („Jasności”), do której zresztą także napisała tekst i wspólnie z Maciejem Pruchniewiczem muzykę, ale zaprezentowała swoje wokalne walory w tak ekspresyjny sposób, o których będzie trudno zapomnieć. Ostatni utwór autorstwa Macieja Pruchniewicza i Szymona Siwierskiego „Lunar” (zagrany troszkę w stylu Davida Gilmoura) przepięknie kończy ten niekoniecznie nostalgiczny album, który niekoniecznie musi kojarzyć się z jesienią.
Zarzycka / Pruchniewicz „Niewidzialni ludzie”
Wydawca: Fundacja Odzyskać Radość
CD, Digipack
Made In Poland, 2018
Pop, Jazz Pop, Rock
Książeczka: 12 stron
Utwory
1 Nowy Świat
2 Nasz Czas
3 Miłość
4 Układanka
5 Jasności
6 Nostalgia
7 Stary Płaszcz
8 Dom Marzeń
9 Niewidzialni Ludzie
10 Lunar
Muzycy:
Sylwia Zarzycka, Ania Broda /5/ - wokal
Maciej Pruchniewicz – gitara
Piotr Żaczek /4, 8/, Zbigniew Wrombel /1/ - gitara basowa
Kuba Sojka, Robert Luty /8/, Arek Skolik /1/- perkusja
Oswaldo Baltodano /1/ - instrumenty perkusyjne
Szymon Siwierski, Antek Sojka, Piotr Kałużny /1/ - instrumenty klawiszowe
Antoni Gralak /3/, Luis Alvaro Varona /1/ - trąbka
Antek Sojka /2/ - chórki
Jan Stokłosa /6/ - wiolonczela
Antek Sojka, Kuba Sojka – sampling

KAROL GUBER

Denoi, czyli młodość rządzi się własnymi prawami


Kiedy kilkanaście lat temu przebywałem w Brnie najważniejszym mieście na Morawach, przez myśl mi nie przeszło, ze za jakiś czas będę przesłuchiwał i opisywał płytę zespołu z tego miasta. Grupę Denoi spotkałem na jednym z tegorocznych koncertów w Polsce. Poznałem osobiście członków zespołu, sympatycznych młodych ludzi, pełnych werwy i zaangażowania oraz nieograniczonej wiary w to co robią. Podarowali płytę. Muzyka zawarta na krążku pod tytułem „Disco Violence” (w wolnym tłumaczeniu „Dyskotekowa Przemoc”) nie od razu przemówiła do mnie i nie do końca byłem przekonany co do tego, czy w ogóle warto zagłębiać się po raz kolejny w muzyczne podróże zespołu z Czech. Pragnąłem odpocząć od tej ostrej stylistyki i odłożyłem płytę na bok. Powróciłem do niej po kilku tygodniach. Tym razem przesłuchiwanie było mniej bolesne. Muzyka zaczęła docierać do mnie, zaczęła docierać stylistyka i pomysł na przedstawienie swojego pomysłu na muzyczny koktajl zawarty na krążku. Muzyka Denoi od razu nie jest tak jednoznaczna i łatwa do rozszyfrowania. Już sam tytuł nieco potrafi zmylić potencjalnego słuchacza. Umiejętny mix ciężkich brzmień opartych na mocnych riffach gitar i silnej sekcji rytmicznej miesza się także z utworem „Let Me Be”,  gdzie na pierwszym planie raczej słychać umiejętnie dobrane dźwięki instrumentów klawiszowych, okraszonych rytmicznymi dźwiękami gitar. Tę kompozycję można śmiało uznać jako kandydatkę na jakąś radiową listę przebojów. Być może zespół właśnie na to liczył, że taka nieco lżejsza kompozycja, jako singiel, pociągnie album ku większej popularności i trzeba przyznać, że członkowie zespołu Martynko (wokal), Grichard (gitara), Kuca (gitara basowa) i Blaho (perkusja) nie pomylili się, bowiem właśnie ten utwór oraz także rytmiczny, choć nieco cięższy w swojej stylistyce tytułowy kawałek, przypominający wcześniejsze dokonania zespołu Linkin Park (zresztą do twórczości tego amerykańskiego zespołu na płycie „Disco Violence” jest zdecydowanie więcej, jak chociażby „Still Alive”) ma największą słuchalność na portalach streamingowych. Muzycy zespołu Denoi zupełnie nie przejmują się i bez większych skrupułów mieszają style muzyczne. Hip hop miesza się z nu metalem, hard rockiem, pop rockiem, a że do tego teksty są proste i niezwykle bezpośrednie w swoim przekazie („My House My Castle”), to nie da się ukryć, że po prostu młodość rządzi się swoimi prawami, a szczerość przekazu jest tutaj najważniejsza. Jestem pod ogromnym wrażeniem wokalu Martynko, który nie tylko na płycie daje z siebie chyba ponad 100 procent swoich sił i talentu wokalnego, zresztą na koncercie też słychać było niezwykle mocne zaangażowanie tego młodego wokalisty w silny wokalnie przekaz, zresztą zespół jako całość nie tylko w studio, ale i na koncertach prezentuje się bardzo dobrze, o czy przekonali się całkiem niedawno fani Denoi w Polsce, Rosji, na Litwie, Łotwie, w Estonii i na Ukrainie. To o czymś świadczy. Na pewno muzyka z płyty „Disco Violence” będzie się podobała młodszej części a słuchaczy, ale i starsi, którzy lubią dźwięki nu metalowe oraz muzykę z kręgów post rockowych, czy stylistyki prezentowanej we wcześniejszej twórczości zespołu Linkin Park oraz momentami Prtishead, będą na pewno zadowoleni.

Marcin Sady - System Otwarcia


                                             

Kiedy kilkanaście lat temu przebywałem w Brnie najważniejszym mieście na Morawach, przez myśl mi nie przeszło, ze za jakiś czas będę przesłuchiwał i opisywał płytę zespołu z tego miasta. Grupę Denoi spotkałem na jednym z tegorocznych koncertów w Polsce. Poznałem osobiście członków zespołu, sympatycznych młodych ludzi, pełnych werwy i zaangażowania oraz nieograniczonej wiary w to co robią. Podarowali płytę. Muzyka zawarta na krążku pod tytułem „Disco Violence” (w wolnym tłumaczeniu „Dyskotekowa Przemoc”) nie od razu przemówiła do mnie i nie do końca byłem przekonany co do tego, czy w ogóle warto zagłębiać się po raz kolejny w muzyczne podróże zespołu z Czech. Pragnąłem odpocząć od tej ostrej stylistyki i odłożyłem płytę na bok. Powróciłem do niej po kilku tygodniach. Tym razem przesłuchiwanie było mniej bolesne. Muzyka zaczęła docierać do mnie, zaczęła docierać stylistyka i pomysł na przedstawienie swojego pomysłu na muzyczny koktajl zawarty na krążku. Muzyka Denoi od razu nie jest tak jednoznaczna i łatwa do rozszyfrowania. Już sam tytuł nieco potrafi zmylić potencjalnego słuchacza. Umiejętny mix ciężkich brzmień opartych na mocnych riffach gitar i silnej sekcji rytmicznej miesza się także z utworem „Let Me Be”,  gdzie na pierwszym planie raczej słychać umiejętnie dobrane dźwięki instrumentów klawiszowych, okraszonych rytmicznymi dźwiękami gitar. Tę kompozycję można śmiało uznać jako kandydatkę na jakąś radiową listę przebojów. Być może zespół właśnie na to liczył, że taka nieco lżejsza kompozycja, jako singiel, pociągnie album ku większej popularności i trzeba przyznać, że członkowie zespołu Martynko (wokal), Grichard (gitara), Kuca (gitara basowa) i Blaho (perkusja) nie pomylili się, bowiem właśnie ten utwór oraz także rytmiczny, choć nieco cięższy w swojej stylistyce tytułowy kawałek, przypominający wcześniejsze dokonania zespołu Linkin Park (zresztą do twórczości tego amerykańskiego zespołu na płycie „Disco Violence” jest zdecydowanie więcej, jak chociażby „Still Alive”) ma największą słuchalność na portalach streamingowych. Muzycy zespołu Denoi zupełnie nie przejmują się i bez większych skrupułów mieszają style muzyczne. Hip hop miesza się z nu metalem, hard rockiem, pop rockiem, a że do tego teksty są proste i niezwykle bezpośrednie w swoim przekazie („My House My Castle”), to nie da się ukryć, że po prostu młodość rządzi się swoimi prawami, a szczerość przekazu jest tutaj najważniejsza. Jestem pod ogromnym wrażeniem wokalu Martynko, który nie tylko na płycie daje z siebie chyba ponad 100 procent swoich sił i talentu wokalnego, zresztą na koncercie też słychać było niezwykle mocne zaangażowanie tego młodego wokalisty w silny wokalnie przekaz, zresztą zespół jako całość nie tylko w studio, ale i na koncertach prezentuje się bardzo dobrze, o czy przekonali się całkiem niedawno fani Denoi w Polsce, Rosji, na Litwie, Łotwie, w Estonii i na Ukrainie. To o czymś świadczy. Na pewno muzyka z płyty „Disco Violence” będzie się podobała młodszej części a słuchaczy, ale i starsi, którzy lubią dźwięki nu metalowe oraz muzykę z kręgów post rockowych, czy stylistyki prezentowanej we wcześniejszej twórczości zespołu Linkin Park oraz momentami Prtishead, będą na pewno zadowoleni.
Czy ktoś jeszcze pamięta zespół o nazwie Loom i ich album „Tkanina” z roku 2010, którego wokalistą był Marcin Sady? Dziś realizuje swój własny projekt muzyczny o nazwie HEE. Premiera albumu miała miejsce z początkiem stycznia tego roku, niedawno trafił również do mnie ten krążek. Zbiór jedenastu kompozycji zamieszczonych na tej debiutanckiej płycie rozpoczyna utwór „Obrona”, swym klimatem oraz brzmieniem nawiązuje specyficzny kontakt ze słuchaczem. Niebagatelne znaczenie ma też wokal, jakim nas tutaj zachwyca Marcin Sady, tworząc tak ambitny, indywidualny muzyczny świat dźwięków. Przestrzeń, z której wyłaniają się poszczególne instrumenty, na których gra Marcin Sady, roztaczając wokół nas swój kompozytorski talent, obfitujący w bardzo refleksyjny zbiór, pięknie zaaranżowanych utworów.  Aura delikatności, z jaką spotykamy się słuchając poszczególnych utworów stanowi o sporym wyczuciu pozwalającym w tak istotny sposób wyrazić emocje i myśli za pośrednictwem tak nakreślonych linii melodycznych. Kształtując i budując tę specyficzną aurę za pośrednictwem zastosowanego instrumentarium, tekstów jak i swego głosu, potrafi u słuchacza wzbudzić refleksję. Ta nurtująca myśl, która przewija się na tym krążku, nie pozwala przejść wobec tak intrygującej twórczości obojętnie i z każdym utworem otwiera przed nami bardzo interesujące i co ważne, nieprzerysowane brzmienie. Wyczucie tematu i jego realizacja jest tutaj znakomicie przedstawiona, w pełni zmierza ku istotnym aspektom życia, może nawet oparta na osobistych doświadczeniach autora. Poruszeni tą spójna atmosferą, przewijającą się w poszczególnych fragmentach, z każdym jej kolejnym odtworzeniem odkrywamy niuanse tak istotnie wpływające na artystyczny przekaz, nie ma co ukrywać, specyficznej na naszym muzycznym rynku twórczości. Ta świadoma, artystyczna droga, którą obrał Marcin Sady, realizując się w tak indywidualnym projekcie, niewątpliwie świadczy o wielkich możliwościach i swobodzie realizacji, co nie zawsze jest możliwe w tej branży. Eksperymentowanie i poszukiwanie rozmaitych wątków w muzyce jest jednym z elementów twórczych dokonań HEE. Korzystanie z już nabytych doświadczeń ma również wpływ na kształt tego najnowszego albumu zatytułowanego „System Otwarcia”. Takie nagrania jak: „Animu$”, „Śpiący-Rozbudzeni”, „Mirage”, „Linia Pomocy” oraz kończący to wydawnictwo „Atakują”, przy pierwszym odtworzeniu potrafią zaciekawić zaś kolejne wsłuchanie się odkrywa przed nami następne pełne tej muzycznej przestrzeni oraz delikatności dźwięków i magii głosu utwory. Może nie tak popularna forma muzyki, choć w minimalnym stopniu zostanie zauważona i spotka się z wzrastającą akceptacją krytyków i słuchaczy, a jej popularyzacja systematycznie poruszy i dotrze do nowych odbiorców. Odważna i nietuzinkowa, ambitna twórczość, z jaką tutaj się spotkamy, będzie nam towarzyszyć jeszcze nie raz, a przynajmniej do kolejnej płyty zrealizowanej przez Marcina, czego serdecznie Mu życzę.  

 Andrzej Barwicki

Love De Vice, czyli systematyczny postęp


Znajomość z Love De Vice rozpocząłem w roku 2016, od toruńskiego progrockowego festiwalu, gdzie ich koncert promujący album Pills był jednym z najciekawszych wydarzeń. Późniejsza konfrontacja festiwalowych wrażeń z materiałem studyjnym utrwaliła moją pewność, że mamy doczynienia z niezwykle interesującym zjawiskiem na polskiej scenie rockowej. Love De Vice wykorzystują co prawda sprawdzone brzmienia, ale z łatwością dokonują fuzji gatunków, a wprowadzając skomplikowane aranżacje zmuszają odbiorcę do skupienia i wytężenia uwagi. Im głębiej wchodzimy w twórczość warszawskiego kwartetu, tym więcej błyskotliwych pomysłów znajdujemy. W poszczególnych utworach pojawiają się elementy muzyki dawnej, stosowane są instrumenty smyczkowe, ważną rolę ogrywa sekcja dęta, a uważny słuchacz odkryje fascynacje muzyków twórczością The Beatles, The Doors czy Aerosmith. To zarzut? Ależ skąd! W dobie postmodernizmu gdzie wszystkie działania twórcze polegają na umiejętnym korzystaniu z dorobku poprzedników to wielka zaleta. Podkreślić należy – umiejętnym- a to sztuka, którą dzięki wirtuozerii instrumentalistów Love De Vice opanowali do perfekcji. Efektem jest Pills -hipnotyzujący album na europejskim poziomie, zawierający drapieżny, energetyczny rock, nie stroniący przy tym od nastrojowych ballad, rozbudowany wedle progresywnej receptury. Doskonale zagrany, profesjonalnie wyprodukowany. Jedna z najważniejszych płyt polskiego rocka, nie tylko progresywnego.

 

Love De Vice – Pills

Fonografika 2016

1.No Escape
2. Ritual
3. Best of Worlds
4. Afraid
5. Pills (strings)
6. Hell on Earth
7. Wild Ride
8 Nobody Owns Me (Killa Song)
Bonus tracks:
9. Pictures from the Past
10. Winter of Soul
11. Pills (acoustic)

 

Skład podstawowy: Paweł „Ozzie” Granecki – voc/g/  Andrzej „Messi” Archanowicz /g/ Robert „RiP” Pełka /bg/ Krzysztof „Krzychu” Słaby /key/ Tomasz „Kudel” Kudelski /d/

Michał Padkowski




Red Storm i techno gotyk


Jak się okazuje od ciężkich gotyckich brzmień do niemal dyskotekowych bitów tylko jeden krok. Agnieszka Leśna, dawna wokalistka grupy Desdemona tym razem na czele formacji Red Alert przedstawia  muzykę korzeniami sięgającą lat osiemdziesiątych, poruszając się po dalekich rubieżach stylistyki proponowane przez Depeche Mode i pokaźne grono ich epigonów. To bezdyskusyjna zasługa producentów - Ivana Munioza odpowiedzialnego między innymi za dokonania Die Krupps i Johna Fryera, współzałożyciela This Mortal Coil ,współpracownika wspomnianych Depeche Mode czy  fińskiego HIM. Wynikiem ich pracy jest muzyka oparta na elektronicznych bitach rodem z niemieckich klubów, podkreślonych obecnością DJ Bactee, gwiazdy berlińskiego klubu Tresor. Moim zdaniem daleka od rockowych korzeni zespołu. To nowoczesny elektro pop, gdzie dynamiczne ,pełne energii kompozycje zrównoważone zostały nastrojowymi balladami. Dzięki chwytliwym melodiom muzyka ta doskonale sprawdza się w bezpośredniej konfrontacji z publicznością. Oczywiście, przy odrobinie złej woli można zarzucić Red Storm brak oryginalności i powielanie sprawdzonych patentów, ale po pierwsze konwencja elektro popu wydaje się być całkowicie ograna i wyczerpana, więc trudno o całkowicie oryginalne dzieło. Po drugie, doskonale broni się image Agnieszki, a producenci bezbłędnie wykorzystali jej wokalne możliwości.  Rezultatem jest album, który zmienia oblicze polskiego rynku muzycznego i całą pewnością zajmie mocną pozycję na polskiej scenie elektronicznej muzyki.

Red Storm - Alert

1. Control

2. Love Is A Pain

3. Famous

4. Everything

5. The One

6. Mood

7. Anymore

8. High

9. Red Storm

10. Lovely

Wykonawcy: Agnieszka Leśna, Szymon Świerczyński, Jarosław Malicki, Hubert Heyn, Dario Chiereghin.

Michał Padkowski
www.proradio.pl

 

 

 


Friedhof, czyli lekcja historii

 

„A więc wojna…” to zdanie wypowiedziane  z archiwalnej taśmy w pierwszej kompozycji zespołu pt. "Atak" rozpoczyna naszą wędrówkę tekstowo-muzyczną wraz z zespołem Friedhof. Akcja historycznej jak się okazuje muzycznej lekcji zespołu Friedhof rozpoczyna się w czasach, kiedy rozszalała się w Europie,  a potem na świecie druga wojna światowa. Muzycy niezwykle pieczołowicie podeszli do kolejnych opowieści z historii naszego kraju, a zatem także historii dotyczącej bezpośrednio nas. Najpierw wojna, a potem krok po kroku, choć oczywiście w wielkim skrócie zespół Friedhof opowiada o losach naszego kraju ("Białe Plamy" i wciąż przerażające słowa "Pewnego razu nasi przyjaciele, którzy byli wrogami, dzielili się naszymi terytoriami - Nam oddechu zostało niewiele"), o sytuacji geopolitycznej, o wpływie socjalistycznej propagandy na zachowanie Polaków (kompozycja „Wielkie Święto” i znamienne słowa: „Ojciec narodu robi spęd…”), wpływ władzy ludowej oraz obraz peerelowskiej rzeczywistości (doskonały utwór "Moje Miasto", czy niejako protest song "Fakty II"). Nie zabrakło także obaw o istnienie Polski, świata i strach przed zagładą („Mały czerwony guzik i nienamalowany obraz zagłady”). Ale są także sekwencje dotyczące tęsknoty za nowym, lepszym światem i absolutna niezgoda z tym co wczasach działalności zespołu działo się w Polsce. Co ciekawe cały materiał został skomponowany i opracowany całe 29 lat temu. Bowiem wtedy na przełomie lat 80 i 90 zespół Friedhof rozpoczął swoją działalność. Niestety, jak to mawiali muzycy, proza życia spowodowała, ze zespół, zamilkł na dokładnie 23 lata! Zatem po sześciu altach działań na muzycznej scenie, muzycy zdecydowali się rozwiązać grupę i poczekać na lepsze czasy i normalną muzyczną koniunkturę w naszym kraju. Czekali długo, a z nimi razem czekali słuchacze na wydanie debiutanckiej płyty. I gdy by nie nacisk fanów i wiara, że ta muzyka, skomponowana ćwierć wieku wcześniej powinna być znana szerszemu gronu słuchaczy, pewnie materiał nie ujrzał by światła dziennego. Na szczęście muzycy ponownie zwarli szyki i zadecydowali zarejestrować  swoją twórczość i wydać na płycie. Lider zespołu Robert Skowron informował, że zespół ma gotowy nowy materiał muzyczny, ale w ostatecznie muzycy zdecydowali się wydać na swojej debiutanckiej płycie utwory skomponowane w pierwszym okresie swojej działalności, i powiem szczerze była to bardzo dobra decyzja, bo po pierwsze poznalismy autentyczne odczucia muzyków z tamtego wcześniejszego okresu, zatem sprzed 29 lat, a po drugie muzyka nie zestarzała się, co ważne w kontekście odbioru przez także nowych ewentualnych słuchaczy zespołu, a po trzecie teksty zupełnie nie zdezaktualizowały się. Ciągle żyjemy przecież w świecie, gdzie coraz więcej przemocy,  nienawiści, ciągle obawiamy się,  czy ktoś nie daj Boże nie naciśnie na ten "Czerwony guzik". To prawda, ze cały materiał został przearanżowany i nagrany na nowo, ale czuć tą atmosferę sprzed lat, natomiast przenikliwe teksty dokładnie i dosadnie opisującą peerelowską rzeczywistość dopełniają reszty. Z jednej strony trochę szkoda, że właśnie w tamtym czasie w końcówce lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku nie ukazała się ta płyta, jednak z drugiej strony, to był świetny pomysł, że ponownie panowie Tomasz „Bohen” Chlebny (wokal), Grzegorz „Packer” Starzomski (gitara basowa), Krzysztof „Krzychu” Głowacki  (perkusja, instrumenty perkusyjne), Tomasz „Pyton” Linart  (gitary) oraz Robert „Sikor” Skowron  (gitary, gitary akustyczne, klawisze, chórki) w końcu zdecydowali się i weszli do studia, by swoje wcześniejsze pomysły utrwalić na płycie. W warstwie muzycznej trudno określić jednoznacznie styl muzyki. Na pewno na pierwszy plan wysuwają się kompozycje utrzymane w stylu punk (przy kilku kompozycjach świetnie tańczyłoby się pogo, jak choćby przy kompozycji "Nasze Miasto"), co zresztą potwierdzają sami muzycy. Jednak w na płycie znajdują się także kompozycje utrzymane w hard rockowym brzemieniu (jak choćby nieco nostalgiczna w początkowej fazie "Podróże", czy dynamiczny "Lazior"), czy post rockowe kompozycje, jak choćby kończący płytę "Deszcz". Jeśli po którymś przesłuchaniu chce się powracać do lekcji historii, zaserwowanej przez Friedhof, to znak, że debiut, zespołu wypadł doskonale i to nie ważne, ze premiera tej płyty powinna nastąpić znacznie wcześniej.

 

Friedhof "Friedhof" CD Dig..

Friedhof Production

CD, Digipack

Made in Poland, 2015

Punk, Post Rock

 

UTWORY:

1.    Atak

2.    Białe Plany

3.    Wielkie Święto

4.    Fakty II

5.    Nasze Miasto

6.    Łazior

7.    Rycerze

8.    Podróże

9.    Mały Czerwony Guzik i Nienamalowany Obraz Zagłady (Zgaś ją)

10.    Deszcz

Gitarowy hard rock z odrobiną jazzu


Kiedy po raz pierwszy przesłuchiwałem płytowy debiut  Jacka Kiellera, wtedy jeszcze nie znałem ani przeszłości muzycznej gitarzysty, ani wcześniejszych jego dokonań. Słuchając muzyki z „Creeping Crocodile” sądziłem, że pewien zdolny muzyk i gitarzysta jakiegoś nieznanego mi zespołu postanowił nagrać swój solowy debiut. Po kolejnych przesłuchaniach płyty ( a oderwać się było przyznam trudno od odtwarzacza) zapragnąłem dowiedzieć się czegoś więcej o naszym bohaterze. Otóż, jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że Jacek Kieller z żadnym wcześniej zespołem nie nagrywał płyt (jedynie udział w dwóch projektach Tension Knob i Afterload), a wcześniej jego zainteresowania muzyczne były skierowane w stronę gitary klasycznej i muzyki raczej z rockiem nie mającej wiele wspólnego. Jacek Kieller już w wieku dwunastu lat rozpoczął naukę gry na gitarze klasycznej w Państwowej Szkole Muzycznej pierwszego i drugiego stopnia w Chełmie. Uczestniczył w wielu konkursach i przeglądach muzycznych, między innymi w XIII Międzynarodowych Spotkaniach Gitarowych w Sanoku w 2001 roku, czy w zorganizowanym pod patronatem Ambasady Królestwa Hiszpanii Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Gitarowej Trzebiatów – Gryfice (2002). Muzyka klasyczna i gra na gitarze klasycznej musiała nieco ograniczać szerokie muzyczne horyzonty Jacka Kiellera, który w głowie miał już inne style muzyczne i pomysł na własną płytę, zupełnie inną niż ta, którą rzetelnie uczył się grać w szkole muzycznej. Pod koniec 2015 roku powstała płyta, którą można określić, jako solidny debiut młodego gitarzysty, bez większych doświadczeń grania w zespole rockowym. Jacek dokonał sztuki, która nie często się zdarza, bowiem zupełnie nie słychać w jego muzycznej koncepcji, jakiś szczególnych poszukiwań muzycznych. Od początku do końca jest to przemyślana koncepcja dźwiękowa, która na styku muzyki hard rockowej i jazz rockowej pozwala określić swój wypracowany już styl. Niemal każdy utwór  naznaczony jest jazzową nutką. Nawet, ta jedyna kompozycja na płycie „Whatever I Want” przepięknie zaśpiewana przez Joannę Januszewską, zresztą do jej własnego tekstu (tutaj także wspomagana przez Martę Fedyniszyn). Te jazzowe dźwięki, te jazzowe nutki, a właściwie ta jazzowa okrasa to nie przypadek na płycie Jacka Kiellera. Na perkusji zagrał przecież Grzegorz Grzyb na stałe współpracujący z kultowym jazzowym zespołem Laboratorium, poza tym świetny muzyk sesyjny, który na koncie ma współpracę z takimi tuzami muzyki jazzowej jak Zbigniew Namysłowski, Leszek Możdżer, czy Maciej Sikala. Głosów w utworze „Whatever I Want” użyczyły wokalistki, absolwentki Akademii Muzycznej w Katowicach na kierunku wokalistyka jazzowa. Na instrumentach klawiszowych zaprezentował swoje umiejętności Adam Rybak, założyciel i lider Xpress Jazz Trio. Natomiast na gitarze basowej zagrał Sebastian Kucharski znany ze współpracy z wieloma niszowymi kapelami muzycznymi, prezentujące przeróżne style muzyczne. Choć na stałe współpracuje z grindcorovą grupą Antigma to nie przeszkodziło mu zagrać w projekcie Jacka Killera. Muzyka z „Creeping Crocodile” to wysublimowany hard rock, choć niemal w każdy utwór okraszony jest większą lub mniejszą dawką jazzowych ciekawych rozwiązań. Jacek Kieller dokonał takich rozwiązań dzięki którym utwory z płyty Creepin Crocodile” powinny się podobać słuchaczom o wyrobionym już guście muzycznym jak i trafiać bez przeszkód do tych, którzy dopiero odkrywają nieco trudniejsze pokłady muzyczne.  Sprawność , z jaką Kieller posługuje się gitarą na pewno dały mu szkolne czasy, kiedy z mozołem ćwiczył partie muzyki klasycznej. To także słychać w muzyce Jacka Kiellera. Zatem trzeba ocenić debiut gitarzysty za niezwykle udany, debiut, który już na początku hardrockowo-jazzowej drogi ugruntowuje jego pozycję, a styl i jakość dźwięków zaprezentowanych na „Creeping Crocodile” przekonuje mnie do tego, że następna płyta Jacka Kiellera będzie także ciekawą kontynuacją jego muzycznych pomysłów. Ja już czekam z niecierpliwością i z dużą ciekawością na drugą płytę tego utalentowanego muzyka i gitarzysty.

Jacek Kieller "Creeping Crocodile" CD Dig.
CD, Digipack
Hard Rock
Made In Poland
Rok wydania grudzień 2015

Track/Utwory
1. Anxiety
2. Groove Addiction
3. Space Of The Universe
4. Creeping Crocodile
5. Miss Jane
6. FunQ
7. Nightmares Of The Past
8. Pedro Prison Break
9. Desire For Fusion
10. Whatever I Want
11. Rock Out

Bonus Track
What The F’ck?

 

Andrzej Kusy
www.prowinylcd.com